Zawody

Bike Atelier Maraton Psary 2020, czyli debiut.

               Tak, to że to dziwny rok i dziwny sezon na bank słyszeliście ode mnie sto razy. Taki sobie wybraliśmy rok na powrót do bardziej profesjonalnego kręcenia. Udział w cyklu Bike Atelier Maraton był jednym z punktów, które zaznaczyliśmy na początku roku planując kalendarz – jeszcze nie wiedzieliśmy, że pojedziemy na BIKE TransAlp.
Debiut w tym cyklu zaplanowaliśmy na kwiecień. Mamy wrzesień. Oj tam pół roku różnicy :D.

Tak wyglądał nasz kalendarz w lutym 2020.

               Cześć.

               No to debiut w maratonach MTB! Jedziemy z nimi. Psary 2020.

               Kiedy na początku roku planowałem nasze starty w rajdach adventure, w rajdach na orientację czy w maratonach MTB nie marzyłem nawet o tym, że w lipcu dostanę maila od organizatorów BIKE TransAlp z informacją – Wybraliśmy Was – Bądźcie gotowi na lipiec 2021.
Chcieliśmy po prostu wziąć udział w fajnej imprezie i rozwijać swoją pasję. Od lipca trochę się zmieniło. Kilka osób z ogromnym doświadczeniem w imprezach MTB zaczęło nam powtarzać, że musimy brać w tym udział – najlepiej we wszystkich startach. Teraz już rozumiem dlaczego.

               W związku z tym, że to mój debiut to od razu wybieram dystans PRO. Tak, istnieje teoria, że można zaczynać od pierwszego schodka i w miarę zdobywania doświadczenia przechodzić na kolejny. Ja postanowiłem wskoczyć przez okno. Na trzecim piętrze.
Sylwia podchodzi do sprawy logiczniej – wybiera trasę Hobby – 30 kilometrów zamiast 55. Trochę się martwię czy poradzi sobie sama na trasie, bo na pytanie o to czy spakować jej zapasową dętkę odpowiada pytaniem – A kto mi ją wymieni? 😀

               Ale w sobotę jedziemy na objazd trasy dystansu Hobby, ot tak 30 kilometrów ze średnią prędkością 12km/h, żeby się przypadkiem nie zmęczyć przed niedzielnym startem. Przepiękna pogoda. Słońce świeci, trasa wydaje się sympatyczna, dwa czy trzy sztywne podjazdy i jeden przerażający zjazd po kamieniach. Luzik. Sielanka.

Luzik i sielanka. Patrzcie jak ładnie świecie słońce.

               A w nocy zaczęło padać. Właściwie to nawet nawalać deszczem.

               W niedzielny poranek rowery na samochodowy bagażnik pakujemy w deszczu. No miny mieliśmy nietęgie. Z mojej perspektywy – debiutuję w zawodach tego typu, na debiut wybieram cykl zawodów znanych już z wymagających tras dla doświadczonych kolarzy. Dodatkowo wybieram dystans PRO. I jeszcze leje. He he he.

               Na miejscu szybko przekonujemy się, że to nie są amatorskie zawody. Mimo warunków meldują się prawie wszyscy zawodnicy. Nie jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Na RJnO, w których braliśmy wcześniej udział wystarczyło kilka kropel żeby lista startowa kurczyła się o połowę.
Zawodnicy teamów już się rozgrzewają. Inni zawodnicy zdejmują swoje maszyny z bagażników. Już widzę, że w wyścigu technologicznym jesteśmy jak Polska w wyścigu do kolonizacji Marsa.
               Już podczas startu w Uphill Race Śnieżka zdołałem domyślić się, że marketingowe hasła Rometa, że mój Mustang został stworzony aby zapewnić mi dobry wynik na Maratonach MTB XC to czysty bełkot. Tutaj było podobnie. Ale wjechałem? Wjechałem! W przyzwoitym czasie? Przyzwoitym.
               Tutaj będzie podobnie – w końcu to nie tylko rower decyduje o wyniku, a ja nie przyjechałem się tu dziś ścigać z nimi. Cel był inny.
               No dobra. Do roboty. Rowery z dachu, numery na kierownice, rozgrzewka i do biura zawodów.
Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy gdy jesteś na zawodach Bike Atelier Maraton to organizacja. Naprawdę dobra organizacja. Wszystko pięknie przygotowane – od pakietów startowych, poprzez stoiska czy myjkę na rowery aż do sceny, podium i pysznej kawy. O perfekcyjnie przygotowanej imprezie przypominało mi się podczas całego dnia, gdy mijałem wolontariuszy i strażaków zabezpieczających przejazdy lub gdy widziałem oznaczenia trasy, zakrętów itd.
Naprawdę chylę czoła. Świetna robota.
Świetnie ujęła to Sylwia, gdy powiedziała, że czuła się jak na trasie przygotowanej na Mistrzostwa Świata, a ona może tę trasę przejechać.

               Zdecydowana większość uczestników uśmiechnięta, pomocna i rozmowna. Rewelacja. Dopiero oswajamy się w środowisku kolarskim, ale zdążyliśmy już poznać kilka wspaniałych osób, które zechciały wspomóc naszą drogę w Alpy swoją wiedzą, doświadczeniem oraz w inny nieoceniony sposób. Oczywiście spotkaliśmy ich na starcie w Psarach.
My, co nas zdziwiło, zostaliśmy rozpoznani przez kilka osób. Nieprawdopodobnie zaskakujące i miłe.

Rowery na BAM Psary 2020
Maszyny gotowe.

               No ale do brzegu – ależ to powiedzenie jest dziś na miejscu. Na szczęście przestało padać.
Sylwia ustawia się już w trzecim sektorze dystansu Hobby i znika mi z oczu. Ja postanawiam się jeszcze rozgrzać na „hipodromie”. 😊
Jestem pewny, że Sylwia sobie poradzi, chociaż siedzi na rekreacyjnym rowerze, a warunki są dziś ekstremalne.

Pojechali.

Moja kolej. Ustawiam się z tyłu drugiego sektora. Jestem debiutantem – zasady kolarskie obowiązują na ustawkach szosowych, na amatorskich maratonach i w zawodowych peletonach. Jestem tu pierwszy raz więc ustawiam się z tyłu i obserwuję co i jak.
Jeśli jakimś cudem okazałoby się, że jestem od reszty mocniejszy to będę miał 55 kilometrów, żeby to pokazać. 😀
               Ale dziś jestem tutaj żeby się uczyć, więc po starcie trzymam się raczej z tyłu. Wyjeżdżamy ze stadionu. Jedziemy. Uf, nie jest tak źle – na razie z nikim się nie biję. Teraz to śmieszne, ale przed startem słyszałem od kogoś, że podczas tego wyścigu będzie walka na łokcie. Może gdzieś tam z przodu wśród elity? Też wątpię. Tutaj z tyłu sympatycznie, grzecznie ustawiamy się przed zakrętem z asfaltu w lewo. Odcinek asfaltowy dość krótki – jeszcze w sporej grupie wjeżdżamy w pole.
Oczywiście zgodnie z przewidywaniami jest błoto. Nikt nawet nie próbuje szukać „suchej” linii. Błotny chrzest załatwiony. Grupa jedzie fajnie choć czuję, że mogę jechać szybciej. Spokojnie, może za chwilę.
Jestem tu dziś żeby się uczyć. I pierwsze kilometry to już dla mnie ciekawa nauka o sobie samym. W czasie wczorajszego objazdu trasy kilka elementów jechałem tutaj raczej zachowawczo i irracjonalnie wolno. Dziś w grupie, choć warunki są gorsze, jadę szybko i pewnie. Ekstra. I nie jest to dzika jazda – naprawdę jadę technicznie perfekcyjnie. Potrafię. Motywacja. Przełamanie. I sukces.

Jedziemy dalej, zbliżamy się do dwóch pierwszych podjazdów, które wczoraj wjechałem – nie bez problemów, ale wjechałem. Dziś już widzę, że to niemożliwe. Mijam pierwszych zawodników, którzy dalej rower będą już pchać. Wiem, że za chwilę czeka mnie to samo. Jest zbyt ślisko. Na szczycie szybko wskakuję na siodło i przejeżdżam przez wielkie kałuże. Za plecami słyszę, że komuś się nie udało.
               Generalnie jestem zadowolony, bałem się, że szybko stracę kontakt z innymi zawodnikami, a póki co jadę w sporej grupie zawodników z drugiego sektora.
Na długiej, błotnistej prostej dowiaduję się boleśnie z czym będę się zmagał już do samej mety. Opony w moim rowerze będą się ślizgać na błocie jak aktorzy w slapstickowej komedii na skórce od banana. Uślizg tylnego koła zaskakuje i rower zsuwa się z koleiny i blokuje na kolejnej. Udało się wypiąć nogi z pedałów lecz jestem już ustawiony do upadku więc pozwalam zadziałać grawitacji.

No to tyle z mojego zadowolenia z powodu trzymania się grupy. Mam jeszcze szansę dogonienia jej, lecz chwilę później popełniam kolejny błąd związany ze ślizgającymi się na błocie oponami. Ale jestem tu, żeby się uczyć – więc mam nadzieję, że nauczę się już do końca życia nie blokować koła na zjeździe na tak śliskiej powierzchni.
               Właściwie to nie miałem zamiaru zahamować tak mocno jednak moje hamulce wyznają zasadę – albo grubo albo wcale. 😊

Cisnę. Plecak trochę przeszkadza. Gdyby tylko ktoś wymyślił lepszy sposób na wożenie dętki.

Od tego momentu jadę już sam, co jakiś czas wyprzedzając innych samotnych kolarzy lub będąc przez nich wyprzedzany. Jednak jestem zadowolony ze swojego tempa. Szczególnie na podjazdach, to moja silna strona. Niestety zjeżdżam „jak koza” lub „jak Zakarin” i tam tracę cenne minuty. Na szczęście z każdym kilometrem czuję się coraz pewniej. Szkoła działa. Każdy kolejny zjazd pokonuję szybciej obierając dobrą drogę pomiędzy kamieniami, kałużami, piachem i miniwąwozami.

Pewnie pokonuję przeprawę przez rzekę, nadrabiam czas na płaskiej lecz wąskiej ścieżce przez las (która oczywiście kończy się zbyt szybko zakrętem, kałużą i podjazdem o nachyleniu mniej więcej 8000 procent) 😊.

Moja „tajna broń” na płaskie odcinki w postaci napędu 2×10 nie działa. Praktycznie od początku przednia przerzutka jest tak oblepiona błotem, że próba wrzucenia łańcucha na dużą tarczę spotyka się z oporem godnym lepszej sprawy. Po wepchnięciu roweru na ścianę, na którą „nawet quad nie wjechał” – co słyszeli chyba wszyscy uczestnicy trasy PRO, nie mogę już nawet wpiąć butów w zatrzaski – wszystko oblepione czerwonym błotem. Ciekawe ile minut w sumie kosztowała mnie walka z zapchanymi spd. Nie liczę. Liczę na bufet, ale ten dopiero na 38 kilometrze, po powrocie na znany mi już ze wczorajszego objazdu wspólny kawałek tras Hobby i Pro.
               Zaraz po bufecie będzie kawałek asfaltu, krótki podjazd i zjazd, którego wczoraj się przestraszyłem i nie zjechałem. Dziś zjechałem. To magia wyścigu i dodatkowej motywacji. A może wyglądał jakoś mniej stromo.
               Na dole byłem tak podjarany tym faktem i zrobiłem coś tak absurdalnego, że do teraz nie mogę wyjść z szoku. Odwróciłem się bo… Bo właściwie nie wiem co chciałem zobaczyć. Zobaczyłem kierownicę mojego roweru od góry i od przodu. A jak już leżałem to jeszcze od spodu. Na szczęście prędkość nie była za duża, a przyjazne krzaki zamortyzowały upadek. Dobra, szybko żeby nikt nie widział. Do końca pola w lewo asfalt i przez bramę szkoły. Przed bramą starszy strażak wskazuje drogę parasolem. – Dziękuję – krzyczę. – Zapierdalaj kurwa – słyszę w odpowiedzi. Nie spodziewałem się po Panu Dziadku. 😀

Teraz już łatwo, tylko raz trzeba będzie prowadzić rower. Nie wierzę, że ktoś to wjechał. Potem już tylko długi zjazd asfaltem. Potem trochę błota, ale w tym momencie chyba nikt nie zwracał już na to uwagi. Przejazd przez park i stadion. Sylwia dopinguje. Oczywiście dojechała i nawet zdążyła opłukać rower. Na scenę wywołują pierwszych zwycięzców – uf poczekali na mnie z dekoracją. Mój cel – dojechać przed dekoracją – zrealizowany. Patrzę na licznik – 3 godziny 40 minut. Całkiem nieźle. Przecież to mój debiut. Ja jestem zadowolony. Może i rundka wokół stadionu bez fanfar, ale przecież jest zakaz udziału kibiców. 😊

Prawdziwy kibic zawsze z drużyną.

Radek gratuluję, powiedziałem sobie i padłem na murawę. Właściwie to zanim nie zsiadłem z roweru to nie czułem, że jestem tak wyczerpany fizycznie. I psychicznie. Rewelacja.
               Jestem całkowicie zaczarowany Maratonami MTB. I już jestem zapisany na Bike Atelier Maraton w Jeleśni. Za tydzień. Na jakiej trasie?

Oczywiście, że… PRO. Tak więc drżyjcie wszyscy. Będę za Waszymi plecami! 😀

Do zobaczenia

Radek

ps.  A chcielibyście poczytać relację Sylwii z jej debiutu na trasie Hobby? To wszyscy razem w komentarzach: Sylwia! Sylwia! Sylwia!

Frajda.

4 thoughts on “Bike Atelier Maraton Psary 2020, czyli debiut.

  1. “Sylwia podchodzi do sprawy logiczniej – wybiera trasę Hobby – 30 kilometrów zamiast 55. Trochę się martwię czy poradzi sobie sama na trasie, bo na pytanie o to czy spakować jej zapasową dętkę odpowiada pytaniem – A kto mi ją wymieni? ”

    szanuję <3

  2. Sylwia, Sylwia Sylwia dajesz relacje 🙂 w koncu hobby cisnęłyśmy ramie w ramię.
    PS. Ja miałam dętkę ale też tylko dla ozdoby bo sama nie zmienię 🤣

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back To Top