BIKE TransAlp Trening Wpis

Pasja to petarda. Zmęczenie to nagroda.

Ciekawe, czy fizycy odkryliby tak wiele, gdyby ich praca nie była dla nich fascynująca. Czy pianista mógłby wygrać konkurs szopenowski gdyby muzyka nie była jego pasją, a wszystko wokół kojarzyło mu się
z dźwiękiem. No i wreszcie czy kolarz godziłby się na poświęcenie swojego zdrowia i przekraczanie swojej strefy komfortu gdyby to co robi nie było całym jego życiem.
            No wiadomo.

 Cześć!
            Nasz start w BIKE TransAlp to właśnie efekt rowerowej pasji. Zawody, dzięki którym zdobyliśmy tę Dziką Kartę wymagały bardzo wiele. Deszcz – na rower! Błoto – żeby tylko całe koła zakryło! Skwar – tylko nie zwalniaj w cieniu! 1000 metrów przewyższenia – no nie masz na to za dużo czasu!
Każdego dnia przełamywałem jakąś granicę. Wychodziłem z tej sławnej strefy komfortu. Uwierzcie mi, nikt kto nie kocha kolarstwa nie wyjdzie na 100 kilometrową “przejażdżkę” w ciężkim deszczu. Tylko fascynat. Fascynat to taka petarda. 🙂
            Zresztą takich przykładów było w naszej karierze więcej. Ekstremalna edycja terenowego rajdu Silesia Race w lutym tego roku. Miała być zmrożona ziemia i przejezdne szlaki. Nie było. Praktycznie utopiliśmy siebie i rowery w błocie i mule (Marcin – nie zapomnę Ci nigdy tego odcinka koło kopalni). W trakcie rajdu byliśmy źli, przestraszeni, wykończeni fizycznie i psychicznie. Zacząłem się nawet zastanawiać czy napęd roweru będzie jeszcze do uratowania. Ale na mecie… Zapisywaliśmy się już na kolejną edycję.             
Tak działają ludzie z pasją. Ludzie z pasją nie marnują czasu. Ludzie z pasją to petardy.

Kamuflaż.

            To właśnie najprawdopodobniej zadecydowało, że to nas wybrali organizatorzy BIKE TransAlp. Kiedy jako organizator chcesz wręczyć komuś tę Dziką Kartę musisz być pewny, że to nie jest zmarnowane zaproszenie. Musisz być pewny, że zawodnik otrzymujący to wyróżnienie zapewni poziom sportowy odpowiadający randze imprezy. Formy jeszcze nie mamy, ale organizatorzy zobaczyli w nas determinację i tę właśnie pasję.
Są spokojni o nas i nasze przygotowanie i wiedzą, że nie zawiedziemy ich i osób nas wspierających. Są spokojni bo wiedzą, że jesteśmy jak petardy.
            Co mnie skłoniło do tych przemyśleń? Zacząłem się zastanawiać czym jest ta pasja, jak to się je i czym objawia. Jak to tajemnicze jury poznało, że warto postawić na Radka i Sylwię?
            Podobnie jak w przypadku pianisty z początku wpisu wszędzie słyszymy muzykę. Muzykę terkoczącego bębenka, łańcucha spadającego z czwartej tarczy w kasecie lub pisku wibracji ramy wprowadzonej w ten stan szczękami hamulca tarczowego. I co dziwne potrafimy szybko zorientować się kto również słyszy w tym muzykę.
            Podejrzewam, że rozmowy z nami również muszą być frustrujące dla znajomych, którzy pozostają głusi na te tony. Każdy temat potrafimy w końcu sprowadzić do roweru. 
W tym miejscu chciałbym podziękować wszystkim moim znajomym za wyrozumiałość. Dobrze, że jeszcze jesteście. 🙂
            Kolarską muzykę w naszych słowach i działaniach dostrzegli też w Austrii, gdzieś na starcie TransAlp.

            Ale bardziej frapujące było dla mnie to – jak się to zaczęło. W którym momencie zaczęło się to szaleństwo i co je karmiło.
I wiecie co… Nie wiem.
Nie mam pojęcia. Jak się tak zastanawiam ile czasu, determinacji i sił poświęcili moi rodzice, aby wybić mi z głowy wszelkie pozaszkolne aktywności i pasje to dziwię się, że jestem tu gdzie jestem. Jako dziecko byłem przygotowywany do bycia idealnym nikim – bez zainteresowań, bez pasji i bez swojego życia. 
            Na szczęście nie mogli zrobić jednego. Nie mogli nie dać mi na komunię roweru. 🙂
            Pamiętam go jak dziś. Pelikan. 

Pelikan

Oczywiście zgodnie z zasadą, że rozwój rzeczy niezwiązanych ze szkołą trzeba blokować, mogłem jeździć wyłącznie wokół bloku. Tylko ja te kołka wokół bloku zacząłem robić coraz większe. Czy to był początek pasji? Może.           
Z powiększaniem kółek zacząłem rosnąć i ja, więc rower zmieniłem na bardziej turystyczny i zwiedzałem.
Aż kiedyś kupiłem swojego pierwszego górala. O, sezonowe owoce! Co to było za wydarzenie. Może i miał stalową ramę, ale zjeżdżał po schodach i skakał nad usypanymi w parku hopami (jeszcze nie widziałem, że to się tak nazywa). Czujecie, że praktycznie bałem się go dotknąć, a już nie mówiąc o tym, żeby coś odkręcić czy dokręcić. Pisze to człowiek, który obecnie rozkręca w rowerach wszystko. 🙂           
Czy to uwielbienie do przedmiotu było początkiem pasji, a może już kolejnym krokiem? Może.

Rozkręcanie jak rozkręcanie. Mycie to jest to.

W latach ’90 tak naprawdę liczyły się tylko górale. Właściwie to
z perspektywy czasu żałuję, że najpierw nie zakochałem się w szosie, ale wtedy nie było takiego wyboru. Żeby się liczyć trzeba było mieć rower górski. 🙂
            Ale ale. Nie ma tego złego. Dzięki modnemu rowerowi zacząłem spotykać ludzi słyszących muzykę. Czy ja ją wtedy słyszałem? Pewnie tak – tylko nie rozumiałem.
Ludzie słyszący muzykę zaczęli mi pokazywać co gra, co fałszuje, a co może zagrać jeszcze lżej. 🙂 Czy to ten moment? Może. 
           Zacząłem wyjeżdżać w góry. Łatwo nie było bo, gdy ja robiłem kółka wokół bloku ci ludzie skakali, zjeżdżali i wjeżdżali po trudnych szlakach. Goniłem.

            Pewnie wielu z Was ma już dzieci lub mieć je będzie. Pamiętajcie, że w życiu bardzo trudno się goni. Nie tylko w kolarstwie. Odkrywajcie rzeczywistość z Waszymi dziećmi i wspierajcie mocno w ich pasjach. Dzieci wam powiedzą co je kręci. Tylko nie mają mocy, aby zapisać się do klubu albo pojechać na zawody (czy przesłuchanie). Jeśli będziesz miał dziecko z pasją to w dorosłym życiu to będzie człowiek petarda.
            Tylko niech to będzie jego pasja, a nie Twoja, niespełniona przez Ciebie. 😉

            Chcę Wam napisać jeszcze jedno. Jeżeli macie już tę swoją zajawkę. To miejsce, w którym czujecie się wybitnie dobrze – nie odkładajcie tego na półkę.
Dla niczego i dla nikogo. Jeżeli zrezygnujecie ze swojej pasji to stracicie siebie, a życie i tak Wam udowodni, że nie było warto. Wiem co mówię. Trust me. Dla nikogo. 
           Mam ogromne szczęście, że poznałem Sylwię. Dzięki niej oraz zrozumieniu siebie mogłem po kilku latach wrócić do swojej petardy, która wybuchła na nowo. To pewnie w tym momencie kiedy na rajdzie Sylwia ze złością i z powodu wyczerpania wrzuciła swój rower do rowu i po chwili go wyjęła i przeprosiła.
Przeprosiła rower. Już wiedziałem – to, że połączyło nas uczucie to jedno. Jeszcze mocniej za chwilę połączy nas pasja.
            Wiem, że jestem fascynatem i rowerowym wariatem i mi z tym zajebiście. Ale dalej nie wiem, w którym momencie to się zaczęło. Pewnie w każdym z tych momentów po kawałku. To zawsze jest składanie z kawałków.
A jak to wygląda u Ciebie? Pogadajmy o tej muzyce!

Pelikan właściwy.

Do usłyszenia.

Radek

2 thoughts on “Pasja to petarda. Zmęczenie to nagroda.

  1. Pozdrawiam Sylwie, spotkalyśmy się na zawodach w Jeleśni. Cudny kask. Chciałam zapytać gdzie go kupiła. Blog rewelacja, czytam od deski do deski. Pozdrawiam
    Michalina

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back To Top