Zawody

Uphill Race Śnieżka 2020

Uphill Race Śnieżka 2020

               To jest walka. Walka od samego początku – i nie, nie piszę tutaj o momencie ustawienia w sektorze na deptaku w samym centrum Karpacza. Sam początek walki to koniec lutego, kiedy otwierają się serwery i masz około 30 sekund, aby zapisać się na ten wyjątkowy wyścig.
               Generalnie w tym roku nie mamy wielu powodów do radości, lecz nadrabiamy to szczęściem startów w wyjątkowych imprezach MTB. Dzika karta na BIKE Transalp 2021 oraz pierwszy sukces w Uphill Śnieżka. Udało się. Wyprzedziłem wielu chętnych i zapisałem się. 23.08.2020 Karpacz.
               Jak było? Poczytajcie.

Dzień przed. Chyba jeszcze nieświadomy.

Cześć.

               W lutym mogłem być optymistą. Wiele zaplanowanych startów w kalendarzu, środek przygotowań do sezonu w treningu wydolnościowym i w treningu siłowym pod okiem naszego trenera. Wyglądało na to, że powinienem wjechać na górę w limicie czasowym.
               No a potem… No wiadomo, awaria całego planu. Zamknięte siłownie, zamknięte lasy, zamknięte mieszkania. Właściwie do samego końca ważyły się losy tegorocznego Uphill Śnieżka, lecz organizatorom udało się zapewnić warunki do startu. Chwała im, bo wykonali świetną pracę.

               Jednak mimo wszystko nie opuszczał mnie spokój i poczucie, że dam radę. Co więcej, na miesiąc przed startem założyłem, że mogę wjechać w czasie 90 minut. Odważnie? No raczej.

Trening dzień przed Uphill Race. Miało być bez widoku na Śnieżkę. Nie da się. Jest tam.

               Sylwia po wszystkim powiedziała, że obserwując mnie z boku wyglądało to jakbym przyjechał do Karpacza na pizzę, po drodze wsiadł na rower, wjechał na Śnieżkę i zjechał. Że niby tak bez przygotowania i bez stresu.
Faktycznie nie stresowałem się. Jestem zadaniowy – miałem zadanie – wjechać na tę cholerną górę. I zrobić to w półtorej godziny. Każda minuta mniej oznaczałaby plus jeden punkt do lansu, a każda minuta więcej to +1 punkt do pokory.
               Po kilku okrążeniach rozgrzewkowych po stromych uliczkach centrum, ustawiam się dość wcześnie w sektorze startowym i obserwuję kolejnych podjeżdżających zawodników. Zdecydowana większość skupiona lub poddenerwowana. Hm? Może to ze mną jest coś nie tak.
W oczekiwaniu na ostatnie dziesięć sekund odliczania spokojnie bujam się do rytmu piosenki Lecha Janerki i spoglądam jeszcze raz w górę na Górę. Obserwatorium na szczycie jak zwykle świetnie widoczne. Stoi jak stało. Jedziemy!


               Wystrzał startowy, chyba strzelał burmistrz – ale to już nieistotne bo pierwsze metry są dość nerwowe. Wielu zawodników na małej przestrzeni, każdy rusza trochę innym tempem, zwężenie drogi między ogródkami restauracyjnymi i już pierwszy zakręt. Trochę luźniej. Jest bardzo dobrze – jestem tam, gdzie planowałem, czyli z przodu grupy.
Zakładałem, że im mniej zawodników przede mną tym mniejsza szansa na kraksę, korek i nerwy.
               Drugi zakręt i już jesteśmy na głównej ulicy Karpacza. Droga na te kilka minut jest zamknięta dla ruchu, lecz nie tworzy się szeroki peleton. Trasa wyścigu jest od samego startu mocno stroma i już tutaj zawodnicy startujący z pierwszego sektora są rozciągnięci.
Drugi sektor wystartuje za 10 minut. Jadą tam wszystkie dziewczyny oraz mężczyźni 45+. Podział na sektory to wymóg sanitarny.


               My tymczasem jesteśmy na 3,5 kilometrowym, asfaltowym fragmencie trasy. Przede mną około dwudziestu zawodników, ale ciągle powtarzam sobie w głowie – nie ścigasz się z nimi, ścigasz się z Górą. Mimo tej powtarzanej mantry, czuję że coś jest nie tak. Spoglądam na licznik i już wiem co się dzieje. Tętno 177. Już teraz? W tym momencie trasy? No serio?
Wiem, że nie ujadę daleko w ten sposób i zwalniam. Daję się wyprzedzać kolejnym kolarzom, ale to nie jest najważniejsze.
               Rozgrzewka była, stresu nie ma. Skąd tak wysokie tętno? Nie ważne, muszę zwolnić.
Po kolejnym zakręcie widzę w oddali ustawiony bokiem policyjny samochód. To znak, że za chwilę zjedziemy z głównej drogi. Byłem gotowy na ten moment, ten fragment trasy widziałem już wczoraj podczas spaceru po Karpaczu. Zjazd w lewo na nawierzchnię z drobnej kostki brukowej o dość nieregularnym kształcie. Ale nie to jest najgorsze. Nachylenie zmienia się tu z 6-7% na 16-17%. Jeszcze przed zjazdem z asfaltu wrzucam w końcu niższe biegi. Trzy największe koła w kasecie roweru będą mi już towarzyszyły na samą górę. Największa z posiadanych przeze mnie tarcz ma 42 zęby. Oh, jakże będę zazdrościł za kilka kilometrów zawodnikom z pięćdziesiątką.


               Mocno wciskam się w pedały, to chyba jeden z najtrudniejszych momentów rajdu. Naprawdę jest stromo, ale o dziwo – choć z dużym wydatkiem energii – pokonuję dystans do Świątyni Wang bez problemu. Zaraz za kościołem zaczyna się Park Narodowy. Na wysokości kasy parku pod koła wchodzi nam turysta mocno przejęty nabyciem biletu. Na taki wypadek zamontowałem na rowerze dzwonek – nie wiedziałem czy będę miał siłę krzyknąć. Kolega jadący za mną ma donośny głos. Całe szczęście, bo za jakieś 15 metrów zaczyna się kamienisty odcinek o ponaddwudziestoprocentowym nachyleniu (sprawdziłem ortograficznie 😊).
               Przeżywam tu pierwszy kryzys. Po asfaltowym odcinku udało mi się zejść z tętnem do akceptowalnej wartości, jednak to oraz wspinaczka pod Wang kosztowały zbyt dużo. Wkładam całą moc w pedały jednak rower ledwo toczy się 4-5 kilometrów na godzinę.
Zaczynam się nawet zastanawiać czy nie porwałem się na zbyt wiele. Czy poniósł mnie entuzjazm, a czarę wstydu przeleje lista wyników z moim nazwiskiem i adnotacją DNF. OMG!
W tym momencie pojawia się wybawienie w postaci przemiłej Pani, która dziś na Śnieżkę wbiega, a w tym momencie idzie obok mnie tym samym tempem.
– To bardzo trudne, co robicie – mówi – ale Ty nie wyglądasz na takiego, który podda się w tym miejscu.

Up up up.

               Nie poddam się, niesiony tym wsparciem widzę już szczyt tego fragmentu. Za nim będzie trochę wypłaszczenia. Do samego szczytu nie pomyślałem już więcej, że nie dam rady.
               Sporo wsparcia dostajemy od turystów na szlaku. W różnej formie, ale nikt nie przeszkadza. Obawiałem się, że spora popularność Śnieżki w tym roku może nam przeszkadzać w wyścigu, ale póki co jest idealnie. Kolejne kilometry mijają. Myślę jak najmniej. Kręcę. Zadanie. Wykonać.
Czasami nawet udaje się spojrzeć w bok i zobaczyć coraz piękniejsze widoki.

               Przed ósmym kilometrem wyprzedza mnie Ania Sadowska. Startowała w drugiej grupie i pewnie zmierza po zwycięstwo w kategorii kobiet. W sumie do szczytu wyprzedzi mnie jeszcze dziesięć dziewczyn. 😉
               Ja tymczasem czuję coraz większe palenie w udach. Znowu zdziwienie bo dlaczego. Nie powinno. Wprawdzie nie jestem przygotowany tak jak chciałem, ale znowu nie aż tak źle, żeby w połowie dystansu zabrakło mi sił w nogach i to z takim bólem. To nie może być koniec mojej wspinaczki. Przecież tam na dole Sylwia trzyma kciuki, Iza z domu kibicuje, a Bartek u siebie ogląda wirtualną transmisję i pcha mnie w górę!
Dzięki temu dojeżdżam do Strzechy Akademickiej, ale za zakrętem będzie jeszcze stromiej. Co robić? Postanawiam się zatrzymać przy wodopoju. Chciałem pojechać bez pit stopu, ale ból jest okropny i muszę zatrzymać się nawet wcześniej. Do punktu napełniania bidonów rower dopycham. Niby tylko z 20 metrów, ale już w głowie szacuje straty czasowe.
Nie myśl o tym! Nie myśl!

               I nagle zobaczyłem to! Szybki rzut oka na rower z boku i już widzę. Tragedia. Sztyca opadła. Siodełko jest dobre 6-7 cm niżej niż powinno. Oczywiście nie wsunęła się od razu o tę wartość, musiała się wsuwać cały czas o kilka milimetrów – tak, że nie zauważyłem różnicy. Zauważyły ją moje uda. W każdy ruch musiałem włożyć więcej siły i nie wykorzystywałem pełnej dźwigni i siły.
Ciekawe jak długo to trwało. Ile czasu jechałem wolniej niż mógłbym i ile czasu marnowałem siły.


Nieważne. Jedź. Poprawka ustawienia sztycy, łyk świeżej wody, żel i rura.
I nagle cud. Nowe siły i nowe możliwości. Kolejnych fragmentów nawet nie pamiętam zbyt dobrze. Po prostu się jechały.
               Dom Śląski mijam z prędkością 40km/h. Jest trochę z góry i można odpocząć. Patrzę na licznik. Godzina i trzynaście minut. Patrzę przed siebie. Mało czasu, a cel choć już tak blisko to jednak daleko.
Nie uda się. Znaczy już wiem, że wjadę na górę, ale mój cel jest już nieosiągalny.
               Chwila oddechu się przydaje bo za chwilę najtrudniejszy i najbardziej stromy finałowy fragment. Miejscami nachylenie stoku będzie wynosiło prawie 30%. Ale czuję się świetnie i na tym podejściu mijam kolejnych zawodników. Nie chodzi o wyprzedzenie. Muszę jechać swoim rytmem. Wtedy męczysz się mniej. Jeżeli pojadę wolniej, wbrew pozorom, zmęczę się bardziej.
Jedynym problemem jest nagłe zwiększenie się ruchu pieszego na dość wąskiej drodze. Do tego zjeżdżający ze szczytu kolarze, którzy zdobyli Śnieżkę przede mną i już wracają do miejsca zbiórki przy Domu Śląskim. Jest wąsko i tłoczno.
               Nie potrafię oszacować czasu, ale pogodziłem się z tym, że nie wjadę w 90 minut.
Słyszę już szczyt. Ogromna wrzawa. Ludzie krzyczą, dopingują na ostatnich metrach. I nagle czuję, jak zjeżdżam tyłkiem 6 centymetrów niżej. Nosz…. Sztyca. Znów zjechała, tym razem szybciej, czuję to momentalnie lecz niewiele mogę zrobić.
Jeżeli się zatrzymam w tym miejscu, żeby naprawić usterkę to już nie ruszę. Jest za stromo.
Jadę dalej. Wiem, że kosztuje mnie to cały zapas sił, ale po co mi on, mogę się wystrzelać. To tylko 50 metrów, 40 może. Tam już czeka i radio i telewizja i przedstawiciele…

No już prawie tyłkiem po tylnym kole szoruję.

               Kiedy jestem przed ostatnim zakrętem zaczyna się festiwal zdarzeń. W tym ogólnym gwarze przed moje koło wbiega Pan Janusz goniący dziecko. Próbuję go omijać, lecz z góry przez linię mety właśnie przejeżdża zawodnik wracający już do bazy. Ostatkiem przytomności znajduję inną linię, ale tam przednie koło utyka na kamieniu. Przez obniżoną sztycę nie mam siły przepchnąć go przez tę przeszkodę i rower staje. W ostatniej chwili wypinam się z SPD, żeby nie glebować. Ale nie mam głowy, aby wkurzać się na organizatorów na ten bałagan na samej linii mety, bo widzę zegar.
Jedenasta trzydzieści. Dokładnie 1 godzina i 30 minut od startu. Wpycham rower, aby chociaż numerek z chipem piknął i…. TAK. Zrobiłem to. Zdobyłem Śnieżkę w jedną godzinę i trzydzieści minut. Dokładnie tak jak chciałem. Co za strategiczne myślenie i trzeźwa ocena swoich możliwości.

               Nie, nie myślałem tak tam na górze. W ogóle nie myślałem. Ktoś zarzucił mi medal, ktoś pstryknął fotkę. Właściwie gdyby jakiś inny ktoś wszczepił mi czip w tym momencie to też bym nie zauważył. Byłem wykończony. I rzecz jasna szczęśliwy. Jestem Zdobywcą Śnieżki!

               Po kilku dziurawych oddechach czuję, że na górze jest przeraźliwie zimno. Prawdopodobnie tak zimno jest już od dłuższego czasu, ale nie czułem tego. Całe szczęście spakowałem ciepłe oraz przeciwwiatrowe ciuchy i oddałem w Biurze Zawodów do depozytu. Teraz mogę go odebrać i ubrać się cieplej.
Jeszcze jedna oficjalna fotka i można zjeżdżać.

Oficjalna fotka.

               Przy Domu Śląskim czekamy na wszystkich zawodników, którzy zmieścili się w limicie czasowym i za samochodem organizatora w kolumnie zjeżdżamy na dół. Przynajmniej do czasu.
Prowadzący samochód dość dobrze czuł się na wyboistym szlaku i wkrótce zjazd zamienił się w mały Downhill Race Śnieżka. 😊
               Puściłem przodem największą grupę zjeżdżających i smród trzystu palonych tarcz hamulcowych. Nie mogłem się czuć zbyt pewnie, bo rower zaczął już wyraźnie dawać znać, że może się rozłożyć. Po ilości skrzypnięć, pisków i innych dźwięków zacząłem się zastanawiać co strzeli pierwsze. Sztyca? Może amortyzator, który przez całą drogę do góry pracował w najlepsze pomimo włączonej blokady, pozbawiając mnie jeszcze więcej niezbędnej siły? Brak sztywnych osi to też kłopot, więc to może piasty. Spokojnie. Rower jest dzielny, nie narzekam – wjechał na 1603 metry nad poziomem morza to i zjedzie. Tylko wolniej. 😊

               Zjechał. Ja zjechałem i wpadłem w ramiona rozentuzjazmowanej Sylwii, która stwierdziła, że chyba generalnie nikt na tę Śnieżkę nie wjechał, bo nikt w bazie zawodów nie wygląda na zmęczonego. Nawet Andrzej Poczopko, który wygrał wyścig z czasem 48 minut i 48 sekund. WOW!

               Ja w przyszłym roku zrobię ten dystans w godzinę i pięć minut. Wiem, co, gdzie i jak mogę zrobić lepiej. Po podsumowaniu wyszło mi 25 minut. Teraz jestem mega dumny z osiągniętego rezultatu. W przyszłym roku najtrudniejsze będzie znów dostać się na listę startową.
Trzymajcie kciuki.

I wywiad był, i order jest.

               Jeżeli czytasz ten tekst z myślą o starcie w Uphill Race Śnieżka 2021 i kolejnych, a jest to Twój pierwszy start podrzucam kilka rad.


# Jeżeli nie jesteś z Jeleniej Góry przyjedź do Karpacza dzień wcześniej. Droga i szukanie parkingu zmęczy Cię bardziej niż wjazd na górę.
# Zadbaj o nawodnienie i odżywienie przed startem. Nie idź przypadkiem w sobotę na piwo!
# Obejrzyj na YouTubie nagranie z trasy. Jest kilka wideo od samego startu, aż do Obserwatorium. Dzięki temu będziesz w stanie oszacować swoje możliwości i poznasz pułapki czyhające na trasie.
# Trenuj. Nawet najlepszy sprzęt nie wyrówna braków w treningu.
# Pamiętaj o sprzęcie. Nie wjedziesz jeśli nie trenujesz, ale jeżeli Twój rower ma usterki lub słabe punkty to jest po prostu niebezpiecznie. Miękkie przełożenia, sztywne osie i lekki rower pozwolą Ci być na górze trochę wcześniej. Hydrauliczne hamulce i powietrzny amortyzator pozwoli Ci bezpiecznie wrócić na dół.


               My ciągle zbieramy fundusze, aby zakupić tak szybkie i bezpiecznie rowery na BIKE TransAlp 2021. -> -> ->
Teraz już wiemy, że to jest absolutna podstawa. Wiemy na co nas stać, ale jeżeli zawiedzie sprzęt to może być niesympatycznie.

               Mam nadzieję, że moja relacja nie zanudziła Was zbytnio. Jeżeli masz jeszcze jakieś pytania to pisz śmiało. Bardzo chętnie pomogę. Kontakt do nas znajdziesz po lewej stronie strony. 😊 <- <- <-
               Przy okazji chętnie poczytam Wasze opinie dotyczące bloga, oraz przyjmę gratulację za zdobycie Śnieżki :D.

Radek

5 thoughts on “Uphill Race Śnieżka 2020

  1. Byłem w tym czasie 1060 m niżej i rozkoszowałem się pięknymi okolicznościami przyrody, a nie wiedziałem, że tam na górze takie emocje się rozgrywają! Walka o każdy metr i każda minutę z przeciwnościami… siodełka 🙂 WOW!
    Wielki szacunek za start i emocje i czekam z niecierpliwością na kolejne relacje 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Back To Top